To się nazywa mieć niefart! W powiecie kędziersko-kozielskim tzw. policyjni łowcy głów zakończyli trwającą 12 lat zabawę w chowanego. 45-letni mężczyzna, który przez ponad dekadę skutecznie unikał wymiaru sprawiedliwości za kradzieże i włamania, w końcu wpadł w ręce mundurowych. Wszystko przez… czujne oko operacyjnych i pechowe wyczekiwanie na wizytę księdza. 🕵️♂️
Zasadzka zamiast błogosławieństwa
Funkcjonariusze z Opola ustalili, że poszukiwany, który dotychczas ukrywał się w Holandii, planuje krótki powrót do ojczyzny. Przygotowali więc precyzyjną zasadzkę. Kiedy policjanci zapukali do wytypowanej kryjówki, 45-latek – zupełnie nie spodziewając się stróżów prawa – wyglądał przez okno za kolędnikami. Zamiast wspólnej modlitwy i pamiątkowego obrazka, czekało go brutalne zderzenie z rzeczywistością i „bransoletki” na nadgarstkach. 🚔
Wszystkiemu winne… kobiety?
Historia staje się jeszcze bardziej absurdalna, gdy przejdziemy do powodów, dla których mężczyzna zdecydował się opuścić bezpieczną przystań w Holandii. Zapytany przez policjantów o powód powrotu do kraju, wypalił bez ogródek, że irytowały go tamtejsze kobiety. Najwyraźniej polskie więzienie wydało mu się lepszą opcją niż dalsze znoszenie towarzystwa Holenderek. 🇳🇱🤷♂️
Finał tej opowieści jest jednak mało romantyczny:
- Mężczyzna spędzi w więzieniu najbliższe dwa lata. 🗓️
- Koniec z ucieczkami i zagranicznymi podróżami.
- Zamiast kolędy, czeka go codzienne odliczanie dni do wolności.
Dla policjantów to kolejny sukces na koncie, a dla innych ukrywających się przestroga: czasem to, co nas irytuje za granicą, może być najmniejszym z naszych problemów! 😉
Fotografia: pixabay.com

