Zima w powiecie białogardzkim przyciągnęła nad wodę tłumy. Nad Jeziorem Dobrowieckim Wielkim odbył się piknik, były ogniska i oczywiście morsowanie przy minusowej temperaturze. I wszystko byłoby świetnie, gdyby nie fakt, że beztroska zabawa zamieniła się w festiwal braku wyobraźni. Internauci błyskawicznie wychwycili na opublikowanych zdjęciach szczegół, który mrozi krew w żyłach bardziej niż lodowata woda.
Głupota czy brak instynktu?
Na jednej z fotografii widać grupę morsów, a tuż za nimi… dziecko stojące na zamarzniętej tafli jeziora, nagrywające wyczyny dorosłych telefonem. To obrazek, który można podsumować krótko: skrajna nieodpowiedzialność. Wystarczyła chwila, by radosny piknik zamienił się w tragedię. Służby i czytelnicy nie mają wątpliwości – to po prostu proszenie się o nieszczęście.
Lód to nie beton
Policja bije na alarm i stawia sprawę jasno: na naturalnych akwenach nie ma czegoś takiego jak bezpieczny lód. Wchodzenie na zamarznięte jezioro to rosyjska ruletka. Funkcjonariusze punktują bezlitośnie fakty, o których wielu zapomina:
- Nawet gruba na pozór warstwa lodu może pęknąć w ułamku sekundy.
- Miejsca przy trzcinach, mostach czy nurtach są zdradliwe i znacznie słabsze.
- Teoretyczne 10–12 cm grubości to tylko teoria – w praktyce natura jest nieprzewidywalna.
Tym razem skończyło się na frajdzie i dopaminie, ale granica bezpieczeństwa została przekroczona. Pamiętajcie, Wasza decyzja o wejściu na lód – lub pozwolenie na to dziecku – może być tą ostatnią. Włączcie myślenie, zanim wejdziecie na taflę.
Fotografia, źródło: Powiat Białogard FB

